Wyszedł od niej pełen wiary w siebie. Ruszył w kierunku Jasnej Góry. Chciał podtrzymać dobrą passę. Zamierzał zdobyć klasztor i znaleźć tam odpowiedź. Był tak naładowany energią, że mimo szybkiego marszu nawet się nie zasapał wchodząc na jasnogórskie wzgórze. Przy głównej bramie kłębił się tłum. Mariusz przedarł się przez szpaler gapiów i zobaczył policjantów powstrzymujących podnieconych pątników. Samochody strażackie i karetki czekały w pogotowiu. Mariusz przepchał się przez tłum do znajomego dziennikarza, który wyjaśnił mu, że klasztor ewakuowano i zabroniono doń wstępu po informacji o podłożonej w sanktuarium bombie. Jasna Góra znów oparła się jego woli.
Mariusz wycofał się i ruszył błoniami w dół, w stronę miasta. Uszła z niego energia. Poruszał się wolnym spacerowym krokiem. Skręcił w ulicę Kościuszki i przypomniał sobie, że powinien wstąpić do multikina, żeby się dowiedzieć, dlaczego na elewacji nie ma już banerów promujących filmy. Zadarł głowę i stanął jak wryty, bo jednak baner się pojawił. Nie było na nim żadnego napisu - tytułu filmu, nazwisk gwiazd, reżysera czy hasła promującego film. Była tylko ogromna twarz. Twarz Mariusza. Minęły go dwie nastolatki. Zatrzymały się kilka kroków dalej. Dziewczyny zerkały na niego, coś do siebie szeptały i chichotały. Mariusz opuścił głowę i zamknął oczy, żeby zebrać myśli i opanować panikę. Chciał, żeby baner zniknął, bo nienawidził być obiektem publicznego zainteresowania, a zajmujący kilkadziesiąt metrów kwadratowych wizerunek jego twarzy bezlitośnie stawiał go właśnie w takiej sytuacji.
- Zniknij - wyszeptał w rozpaczy, otworzył oczy i podniósł głowę. Baner zniknął. Nie było już także nastolatek. Wpatrywał się w niego inny przechodzień - mężczyzna o ciemnej karnacji, z kruczoczarnymi wąsami i włosami, ze świdrującym spojrzeniem. Postać z jego koszmarów, ten sam, który niedawno wgapiał się w niego przy salonie fryzjerskim Gawrońskich. Mariusz zacisnął powieki i pochylił głowę.
- Zniknij - wyszeptał ponownie, ale kiedy otworzył oczy, zobaczył, że jego dręczyciel dalej stoi tam, gdzie stał. Mariusz ubił śnieżkę i rzucił w kierunku mężczyzny. Nie trafił. Pospiesznie uklepał następną śnieżną kulę, wziął szeroki zamach i znów chybił, mimo, że gdyby nawet nie był posiadaczem nadprzyrodzenie celnego oka, powinien trafić. Kruczowłosy mężczyzna patrzył na niego z odległości mniej więcej czterech metrów. Nie próbował się uchylać, nie starał się też nawiązać żadnego kontaktu z Mariuszem - nie protestował, nie łagodził, nie negocjował, nie wyjaśniał.
Mariusz nie oglądając się pognał do domu. Wjeżdżając do góry oparł się o ścianę windy i ciężko dyszał. Pomyślał, że jednak nie potrafi rozszyfrować reguł, według których toczy się życie po śmierci. W najgłębszych zakamarkach świadomości nie wierzył, że zakończył życie skokiem na asfalt. Czekał na przebudzenie, na oczywiste, rozsądne i banalne wytłumaczenie, które pozwoli mu potrząsnąć głową w niemym zdumieniu nad swoją niedomyślnością i uwolni od coraz bardziej męczącego absurdu. Winda stanęła. Mariusz ociężale powlókł się do mieszkania. Nie zdejmując kurtki i czapki zwalił się na fotel. Zamknął oczy, żeby jak najszybciej pogrążyć się we śnie. Sen nie nadchodził, więc postanowił rozsądnie i racjonalnie przemyśleć swoją sytuację. Rozebrał się i zaparzył kawę. Zapalił papierosa.
Mariusz zaczął krążyć po mieszkaniu i jeszcze raz próbował zestawić fakty. Jeżeli wierzyć wiarołomnemu Frymarczykowi, jest trupem. Życie po życiu nie jest takie, jak się spodziewał, choć, prawdę mówiąc, wcześniej, przed lotem z balkonu, nigdy zanadto nie pochłaniało go myślenie o śmierci. Funkcjonował prawie tak, jak do tej pory. Prawie, lecz nie do końca, bo wyjąwszy irytującą samodzielność fałszywego starszego posterunkowego i niepowodzenie z Jasną Górą, reszta spraw biegła po jego myśli. Mariusz panował nad nimi jak nigdy do tej pory. Gdyby na przykład naprawdę chciał, żeby Barbara wyjawiła mu, czym się zajmuje, albo gdyby zapragnął, żeby spędziła z nim resztę życia, uczyniłaby to bez wahania. Nie miał najmniejszych wątpliwości. Wystarczyło tylko wyraźnie zwizualizować i uświadomić sobie to pragnienie, nic więcej. Zadzwoniła komórka. Nie znał numeru, który pojawił się na wyświetlaczu.
- Tak, słucham? – zapytał ostrożnie.
- To ja – dobiegł go głos Barbary. – Dzwonię ze swojej kancelarii. Przyjdź do mnie, musimy porozmawiać.
Podała adres, który dobrze znał, o który wielokroć pytał, a którego ona aż do tego dnia nie chciała potwierdzić. Ruszył w stronę ulicy Dąbrowskiego, ale zamiast wybrać drogę na skróty, poszedł w kierunku Alej. Chciał rzucić okiem na elewację multikina, był bowiem ciekaw, czy wreszcie pojawiły się filmowe banery. Szara ściana multipleksu nie miała jednak żadnych ozdób. Mariusz obiecał sobie, że kiedy tylko znajdzie chwilę, wstąpi do kina i zapyta o repertuar.
Szedł na spotkanie z Barbarą dumny i syty, bo wreszcie, po wielu miesiącach, udało mu się złamać jej wolę. Zaślepiony sukcesem zapomniał, że niemal na pewno jest trupem i przebywa w zaświatach wprawdzie podobnych do życia przed śmiercią, ale jednak w zaświatach. Właściwie nie podważał już tego faktu. Ale mijając „Desę” i „Orbis”, zatrzymując się na światłach zamontowanych przy zbiegu ulicy Kilińskiego i placu Biegańskiego, patrząc na kościół świętego Jakuba, który dawno temu był cerkwią, w tej akurat chwili nie dbał o swoją śmierć. Był samcem, który ostatecznie podporządkował sobie samicę i właśnie zmierzał pewnym krokiem do ostatecznego potwierdzenia swojej męskości. Oczekiwał pełnej uległości i nie zawiódł się. Nawet sekretarka Barbary, szczupła, ciemnowłosa dziewczyna, patrzyła na niego jak niewolnica z haremu. Podała kawę, skłoniła lekko głowę, spojrzała na Mariusza zza zasłony włosów i bezszelestnie wyszła.
Barbara pochyliła się nad biurkiem i splotła dłonie z dłońmi Mariusza. Prosto i precyzyjnie wytłumaczyła, jak wyobraża sobie ich dalsze życie. Najpierw powinni sprzedać mieszkania i kupić mały domek, najlepiej gdzieś na Tysiącleciu.
- Tam się wychowałam – wyjaśniła. – Lubię tę dzielnicę.
Wyliczyła, ile pieniędzy zostanie na nowe meble, a które sprzęty powinni zachować. Lodówka powinna być, rzecz jasna, nowa, błyszcząca i pojemna. Określiła też bardzo dokładnie datę poczęcia i urodzenia pierwszego dziecka, co było sprzężone z planem pozyskania aplikanta, który na czas ciąży i pierwszych miesięcy po narodzinach maleństwa przejąłby większość spraw w kancelarii. Na wakacje mieli jeździć naprzemiennie nad morze i w góry. Mieli się dobrze odżywiać i od czasu do czasu pozwalać sobie na kontrolowane pijaństwo. Mariusz powinien rzucić papierosy.
- Popracujemy nad tym - powiedziała biorąc w ten sposób na siebie część odpowiedzialności za walkę z nałogiem i pokazując zarazem, że jest gotowa wytrwać u boku Mariusza w najtrudniejszych nawet chwilach. Mariusz słuchał i milczał. Czekał na pytanie o dochody, pracę i rodzinę, ale Barbara akceptowała go bezwarunkowo i nie była tego ciekawa. Skończyła pełną pasji i nadziei przemowę, on zaś dopił kawę.
- Zaskoczyłaś mnie – powiedział uwalniając delikatnie dłonie z jej uścisku. - Muszę się nad tym wszystkim spokojnie zastanowić.
Następnego ranka Mariusz spodziewał się rozsadzającego czaszkę kaca. Bał się, że będzie tak, jak zawsze, gdy przesadził z alkoholem: ostry, świdrujący ból głowy, głębinowa depresja i głód zmieszany z nudnościami. Nienawidził tego stanu, a jego kace były tym bardziej dolegliwe, że miał kłopoty z wątrobą. Tym razem po przebudzeniu nie zaznał żadnych cierpień, nie licząc lekkiego pragnienia.
Znów rzeczywistość uległa jego pragnieniom. Pomyślał, że śmierć nie jest taka zła.
Po gorącym prysznicu przyrządził jajecznicę, do której dołożył pomidory. Całość przyprawił solą z ziołami. Najedzony, świeży, w lekko wisielczym humorze zasiadł w fotelu, żeby w spokoju i z namysłem wypalić papierosa. Nie czuł się martwy. Absurdalne historie ostatnich dni wydawały mu się tak odległe, jakby przeczytał o nich w książce, albo obejrzał dziwny film. Postanowił, że wszystko ostatecznie wyjaśni w rozmowie z Tomaszem Frymarczykiem. Przypomniał sobie, że policjant łączył się z jego komórką. Odszukał numer i zadzwonił, ale okazało się, że Frymarczyk ma wyłączony telefon. Mariusz ubrał się, uruchomił czerwone punto i zajechał pod „trójkąt”. Obskurny korytarz prowadzący do wejścia pierwszego komisariatu kończył się kratą. Żeby ją sforsować, Mariusz musiał porozmawiać z dyżurującym policjantem.
- Szukam Tomasza Frymarczyka – powiedział. – Prowadzi śledztwo w sprawie śmierci przy ulicy Kościuszki.
- Kogo? – zdziwił się dyżurny. – Mógłby pan powtórzyć?
Mariusz powtórzył, ale policjant nie znał tego imienia i nazwiska. Na wszelki wypadek zadzwonił do kogoś i zapytał, ale bez rezultatu. W żadnym częstochowskim komisariacie nie pracował starszy posterunkowy Tomasz Frymarczyk. Mariusz wyjaśnił więc dokładnie jaką sprawą – jego zdaniem – zajmował się policjant Frymarczyk. Dyżurny znów gdzieś dzwonił, ale ponownie bez efektu. Częstochowska policja nie prowadziła takiego śledztwa. Mariusz doszedł do wniosku, że wyjdzie stamtąd, zanim uprzejmy dyżurny zmieni się w dociekliwego funkcjonariusza.
Był wściekły. Pochylił się i zgarnął z chodnika sporą garść śniegu. Ubił twardą śnieżkę i rzucił nią w gawrona siedzącego na płocie okalającym komendę. Trafił, ptak spadł na ziemię i znieruchomiał. Mariusz ochłonął trochę, wsiadł do samochodu i wrócił do mieszkania. Zaparzył mocną kawę i zaczął się zastanawiać.
Wiedział, że musi się dowiedzieć, kim (czym?) jest Frymarczyk. Aniołem? Upadłym aniołem? Personifikacją mocy drzemiących w Mariuszu? Jeszcze kimś innym? Na pewno nie poddawał się jego woli, która po śmierci tak przecież zwielokrotniła swoją siłę. Zadzwonił do Krzysztofa Lemańskiego, żeby zadać mu pytanie, które już mu zadawał. Nie spodziewał się, żeby jego ciekawość została zaspokojona, lecz nic lepszego nie przychodziło mu do głowy.
- Kim jest pański Frymarczyk?
- A kim pański? – odparł pytaniem biznesmen.
- Nie wiem.
- Ja też nie. Chciałem go o to zapytać, ale zniknął i nie odbiera telefonu.
- Mój Frymarczyk też się nie odzywa – powiedział Mariusz. – Zadzwonię, jeśli coś się wyjaśni.
Lemański zrewanżował się analogiczną obietnicą i szybko się pożegnali.
Powoli dopił „Żubra”, ubrał się i wyszedł na zewnątrz. Nie chciał jeszcze wracać do mieszkania. Bał się samotności i nieuniknionego natłoku myśli. Ruszył powoli w stronę Alej. Znów minął kamienicę z salonem fryzjerskim Gawrońskich, ale tym razem nic go w tym miejscu nie zatrzymało. Przystanął za to przy multipleksie i ze zdziwieniem zauważył, że na elewacji nie ma żadnego wielkopowierzchniowego banera reklamującego kolejny hollywoodzki przebój, jakby przemysł rozrywkowy nagle doznał całkowitej zapaści. Ruszył do skrzyżowania, skręcił w Aleje, szedł w stronę Jasnej Góry. Na środku placu Biegańskiego stała wysoka, świecącą kolorowymi lampkami choinka, co przypomniało Mariuszowi o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia. Ta myśl nie zajmowała jego uwagi zbyt długo, bo zanadto pochłaniało go życie po śmierci. Szedł na Jasną Górę wierząc, że znajdzie tam pomoc, mimo, iż nigdy nie był zbyt religijny, a ostatni raz odwiedził klasztor przed trzema laty. Jako dziennikarz lokalnej gazety relacjonował sierpniowy szczyt pielgrzymkowy.
Rodzice Mariusza nigdy nie przywiązywali wagi do spraw ostatecznych. Przeprowadzili go przez rytuały chrztu i pierwszej komunii tylko dlatego, żeby zaspokoić oczekiwania rodziny i znajomych. Nie kierowali się pobudkami natury metafizycznej. Wiara nie była dla Mariusza stanem naturalnym. Nie myślał o sobie, ani o świecie w jej kategoriach.
Tego zimowego dnia przeprowadził proste, a właściwie prostackie rozumowanie. Każdego roku do klasztoru wędrują miliony ludzi wierzących w cudowną moc obrazu Czarnej Madonny, ufających jego nadprzyrodzonym właściwościom. Potok pątników nie wysycha i płynie już setki lat, zatem, statystycznie rzecz biorąc, do rozwikłania spraw życia i śmierci Jasna Góra z najbliższych, łatwo osiągalnych miejsc jest najlepsza. Nie będzie przecież podróżował do Mekki czy do Jerozolimy.
Zatrzymał się na początku prowadzącej do jasnogórskich błoń alei Sienkiewcza. Przy pomniku księdza Popiełuszki płonął niewielki znicz. Mariusz zapalił papierosa i ruszył do góry. Przy wałach okalających klasztor wyrzucił niedopałek. Mijał właśnie pomnik prymasa Wyszyńskiego i zbliżał się do wejścia do sanktuarium, gdy usłyszał basowy warkot, którzy szybko przeszedł we wściekłe szczekanie. Podejmując wędrówkę Mariusz zapomniał o tym, o czym kilka lat temu pisał jako dziennikarz. Późną nocą, kiedy zamykają się bramy i nikt już nie ma prawa wejść do klasztoru, Jasnej Góry strzegą wielkie, czarne psy, które swobodnie biegają w obrębie murów. Mariusz musiał się wycofać, ale ciągle nie chciał wracać do siebie. Najbliższym miejscem, które znał dość dobrze i w którym mógł dostać alkohol, był Teatr from Poland mieszczący się w Zaułku Wieluńskim, więc ruszył tam szybkim krokiem. Usadowił w górnej sali Teatru, obok sceny, gdzie nikt go nie niepokoił. Wypił pięć „Żubrów”. Barman, który znał go jeszcze z dawnych lat, zamówił taksówkę, do której Mariusz wpakował się z najwyższym trudem. Na szczęście udało mu się jakoś dogadać z kierowcą. Niewiele brakowało, by zwymiotował w windzie, która zdaniem jego żołądka wznosiła się zbyt gwałtownie. Padł na fotel i zasnął.
- Czytałem w gazecie o pańskim locie z piątego piętra – powiedział Lemański. – Nie napisali tylko, czy popełnił pan samobójstwo, czy został zamordowany, czy może zginął pan na skutek jakiejś nieostrożności.
Mariusz pomyślał, że biznesmen czytuje inne gazety, niż Barbara. Próbował sobie przypomnieć, jaki tytuł leżał na jej stoliku, ale bez skutku.
- A ja czytałem o pańskim zaginięciu. Widziałem też pańskie zwłoki zakopane w śniegu na Rynku Wieluńskim – przelicytował go Mariusz.
Pili przez chwilę w milczeniu. Mariusz poczęstował biznesmena papierosem. Lemański zapalił i zakrztusił się.
- Nie paliłem od dwudziestu lat – uśmiechnął się przepraszająco. – Rzuciłem dla zdrowia, żeby dożyć setki.
Czekając na biznesmena Mariusz przeanalizował wydarzenia kilku ostatnich dni szukając tego, co inne i nietypowe. Spełniało się wiele jego pragnień, statystycznie rzecz biorąc - nadzwyczajnie dużo. Świat za często funkcjonował pod dyktando jego umysłu. Podczas poszukiwań w śnieżnej górze przeczytał w „Życiu Częstochowskim” o zaginięciu Lemańskiego, a jego zwłoki od razu się odnalazły. Gdy najbardziej potrzebował Barbary, okazywało się, że czeka na niego stęskniona w domu. Gdy rozważał w duchu kupienie dla nich lodówki, Barbara od razu wyznawała, że jej lodówka się właśnie popsuła. Gdy już prawie pogrążał się w koszmarze, otaczała go zewsząd ściana wody i potrzebował pomocy, ratował go dzwoniący telefon. Wreszcie realizowało się jego nieprawdopodobne, niemożliwe marzenie o stuprocentowo bezbłędnych rzutach. A teraz siedział przy stoliku z biznesmenem i nie mógł sobie wyobrazić lepszego towarzystwa.
- Wie pan... - powiedział Lemański gasząc papierosa. – To dziwne, ale po śmierci wszystko idzie mi wiele łatwiej. Po prostu czegoś chcę i to się dzieje. Nie zawsze, bo niektóre sprawy dalej mi się wymykają, ale generalnie radzę sobie dużo lepiej.
Mariusz pomyślał, że on także trafił na ciężkie do pokonania przeszkody. Doznał zapaści pod salonem fryzjerskim
Gawrońskich, albo wtedy, gdy dał się sterroryzować starszemu posterunkowemu Frymarczykowi.
- Ale pewnie nie miał pan takich kłopotów, jak ja – Mariusz wydmuchnął dym w stronę sufitu. - Nachodził mnie policjant, Tomasz Frymarczyk. Nie mogłem się go pozbyć, a potem okazało się, że jest chyba kimś innym, niż z początku sądziłem.
Lemański - dobrze prosperujący producent wózków dziecięcych – opowiedział mu w rewanżu o natręcie, znajomym znajomego, który namawia go do wypuszczenia na rynek nowego produktu. Wózek miałby być przeznaczony dla średniozamożnych, aktywnych rodziców. Musiałby łączyć mocną konstrukcję, która wytrzymałaby forsowne spacery, z modnym i nowoczesnym wyglądem. Lemański do tej pory raczej nie eksperymentował. Produkował pojazdy możliwie najprostsze i jak najmniej różniące się od modeli konkurencji. Pod wpływem perswazji zaczął się jednak wahać.
- Przedstawił się jako Tomasz Frymarczyk – powiedział biznesmen. – Niewysoki, łysiejący blondyn. Nosi czarną kurtkę. W końcu powiedział, że nie żyję. Pokazał mi gazetę, w której był artykuł o pańskiej śmierci.
Mariusz pokiwał głową. Frymarczyk we wcieleniu starszego posterunkowego naprowadził go na trop biznesmena.
- Kim on jest? – zapytał.
- Nie wiem – odparł Lemański.
- Co pan zamierza teraz zrobić? - drążył Mariusz.
- W dłużej perspektywie - nie mam pojęcia - biznesmen dopił piwo i wstał. - W tej chwili zamierzam wrócić do domu i solidnie się wyspać. Bądźmy w kontakcie - rzucił na stół wizytówkę. Mariusz zrewanżował mu się swoim numerem telefonu.
Mariusz patrzył na niego tępo. Policjant obrócił niedopałek w palcach i cisnął go w stronę popielniczki. Trafił. Wyciągnął z paczki następne Marlboro, rzucił i znów trafił. Rzucił jeszcze kilkoma papierosami, które za każdym razem bezbłędnie lądowały w popielniczce.
- Rozumie pan teraz? – zapytał skończywszy popis.
Mariusz pokręcił głową.
- To pan wypadł z okna, to pan spadł na betonowy podjazd, to pan nie żyje - powiedział Frymarczyk. – Jest pan zupełnie gdzie indziej. Jest pan martwy. W pewnym sensie – dorzucił po chwili, zerwał się i ruszył do wyjścia.
- Chyba jest fanem porucznika Columbo - pomyślał Mariusz, bo Frymarczyk wzorem serialowego policjanta zatrzymał się przy drzwiach - tak, jak podczas ich pierwszej rozmowy - cofnął się, zajrzał do pokoju i powiedział:
- Odezwę się - po czym opuścił mieszkanie Mariusza już ostatecznie.
Mariusz wstał i ciężko stąpając przeniósł popielniczkę z parapetu na stół. Zapalił papierosa i zapatrzył się na padający za oknem śnieg. Usypiał go dobiegający z ulicy monotonny szum przejeżdżających samochodów. Uciekał w zmęczenie. Senność pozwalała mu na razie nie podejmować żadnych decyzji, nie myśleć. Położył się i spał do wieczora ciężkim snem bez snów. Obudził się w nieco lepszym humorze. Wstał, umył się, zjadł kanapkę z serem edamskim posmarowanym chrzanem z jabłkiem. Ruszył do Utopii, na Jasnogórską. Dotarł tam po niespełna dziesięciominutowym spacerze, kupił butelkę „Żubra” i zasiadł w kącie górnej sali. Klub świecił pustkami.
Mariusz przestał odwiedzać to miejsce, gdy pewnego dnia rozejrzał się i stwierdził, że prawie mógłby być ojcem kilku młodych ludzi sączących piwo w oczekiwaniu na koncert. Z tego samego powodu przestali bywać w Utopii jego znajomi. Ale teraz Mariusz potrzebował alkoholu, bał się zostać sam i nie chciał pić w nieznanym miejscu. Chciał czegoś jeszcze, czuł to, choć nie potrafił do końca zdefiniować tego pragnienia. Zrozumiał je, kiedy zobaczył Krzysztofa Lemańskiego. Chciał go spotkać, porozmawiać, wymienić doświadczenia, naradzić się. Kto mógł lepiej zrozumieć Mariusza, niż inny nieboszczyk? Któż inny mógłby mu dodać otuchy? Podniósł się na widok martwego biznesmena i pozdrowił go wzniesioną butelką. Lemański kiwnął głową i ruszył do baru. Wrócił ze swoim „Żubrem”.
- Mariusz Wadowski? – zapytał.
- Krzysztof Lemański? – upewnił się z kolei Mariusz.